Jak zdawałam egzamin Diploma in Translation

RELACJA NR 2, TŁUMACZKA W., ROK EGZAMINU: 2019

Co wiedziałam przed egzaminem?

Do egzaminu podeszłam ze świadomością, że nie da się do niego przygotować tak jak na przykład do certyfikatów językowych. Trzeba umieć dobrze tłumaczyć, to po pierwsze. Warto też być solidnie oczytaną w prasie anglojęzycznej, w tym w wybranych specjalnościach. Wreszcie, nieocenione są dobre słowniki. Te przewidywania w dużym stopniu zdają się potwierdzać, ale znajomość charakterystyki egzaminu i odpowiednie wskazówki praktyczne również bardzo pomogły.

Jakie słowniki mi się przydały?

Co do słowników, brakowało mi na przykład czegoś do nauk społecznych. Niestety jednak i taki słownik pewnie by mi nie pomógł w tekście o otyłości i nadwadze, gdzie nie znałam terminu z dietetyki. Zakresy tematyczne w modułach Science i Social Science są niezwykle obszerne, więc pewnie trudno dobrze się wyposażyć. Natomiast bardzo się cieszę, że zabrałam słownik interpunkcyjny, który w ostatniej chwili uratował mnie od paskudnego błędu, oraz angielski słownik czasowników frazowych, w którym znalazłam wyrażenie nieobecne w wielkim PWN Oxford. Myślę, że warto by mieć ze sobą też jakiś słownik ogólny jak najbardziej aktualny, gdzie znalazłoby się możliwie wiele nowego słownictwa związanego z Internetem, telefonami itp.

Jak pracowałam podczas egzaminu?

Co do konkretnych tekstów, część ogólna była przyjemna i czasu było akurat. Zaczęłam od sporządzenia ołówkiem listy wyrażeń do sprawdzenia lub tylko weryfikacji. Następnie posiedziałam nad słownikiem, starając się sprawdzać wyrażenia (z grubsza w kolejności alfabetycznej, żeby nie wertować książki w tę i z powrotem). Dzięki tej metodzie jeszcze przed rozpoczęciem pisania miałam pewność, że właściwie rozumiem tekst, a także byłam uprzedzona o problemach ze znalezieniem właściwego ekwiwalentu.

Brudnopis czy nie?

Korzystając z otrzymanych rad, pisałam (a właściwie bazgroliłam) wstępne konstrukcje ołówkiem w brudnopisie. Po skończeniu akapitu weryfikowałam je i przepisywałam do czystopisu. W czasie przepisywania wprowadzałam jeszcze pewne poprawki, a ostatnie — przy sczytywaniu czystopisu. Podobną metodę zastosowałam w części drugiej, tłumacząc tekst literacki, z tym że tutaj przygotowałam sobie najpierw konstrukcję całości i dopiero zaczęłam przepisywać. Dużą radość sprawiło mi tłumaczenie tego tekstu, tym bardziej, że był nieco krótszy niż wszystkie pozostałe w części drugiej i trzeciej (kończył się na pierwszej stronie, a reszta wychodziła jeszcze o ok. półtora akapitu do dwóch na kolejną). Z łatwością skończyłam go kwadrans przed czasem, łącznie ze spokojnym sczytaniem.

Co było najtrudniejsze?

Najtrudniej było mi skończyć na czas część trzecią, gdzie wybrałam nauki społeczne. Tak jak wspomniałam, był on dłuższy od literackiego, a ponadto wymagał bardzo uważnej pracy z konstruowaniem zdań w rejestrze formalnym. Ponadto było tu kilka sporych wyzwań, choć stopień terminologizacji był dość niski. Nieco zaskoczyła mnie liczba nazw własnych w tym tekście. Były w dodatku dość podchwytliwe, np. (cytuję nieco niedokładnie) Child Measurement Programme (Program Pomiaru Dzieci?!) czy Child Obesity Programme (Program Otyłości Dzieci?!) — trzeba było przy nich nieco pogłówkować. Był to w ogóle tekst najsilniej osadzony w brytyjskich realiach, w szczególności z zakresu szkolnictwa: mowa była m.in. o breakfast clubs, key stages czy infant schools. Cieszyłam się bardzo, że przejrzałam sobie wcześniej dość szczegółowo brytyjski system edukacji. Nie przydały się natomiast glosariusze stanowisk w angielskim rządzie, konwencji międzynarodowych czy brytyjskich medali i odznaczeń, ale myślę, że warto mieć takie rzeczy ze sobą.

Podejrzewam, że podobne wrażenia miałabym z tekstu biznesowego, który przejrzałam sobie nieco dokładniej. Wymagał z pewnością sporo kombinowania, jeśli chodzi o opisywanie liczb, tak aby nie powtarzać w kółko tych samych dwóch wyrażeń. Oba te teksty z części drugiej i trzeciej były generalnie bardzo gęste, wymagające ogromnego skupienia.

O czym jeszcze warto pamiętać?

Niewiele jest też moim zdaniem czasu na przejrzenie wszystkich tekstów do wyboru. Wydaje mi się, że warto mieć dość wyraźne typy i, jeśli tylko tekst nie jest nie do zrobienia, nie rozpraszać się zanadto studiowaniem pozostałych.

I jeszcze z wrażeń ogólnych, nie miałam szczęśliwie problemu ze zrozumieniem któregokolwiek z wybranych tekstów. W każdym było po kilka istotniejszych zagwozdek tłumaczeniowych, które wymagały czasem zostawienia, zajęcia się inną partią tekstu i poczekania na natchnienie. Czułam się też nieco skrępowana świadomością, że egzaminator może bardziej radykalnie podchodzić do wierności, choć z drugiej strony starałam się bardzo dbać o to, aby tekst dobrze się czytał po polsku. Jednak w kilku miejscach bałam się nieco zastosować rozwiązania, które w przypadku normalnego zlecenia dla klienta wydawałyby mi się niekontrowersyjne, ponieważ moim zdaniem w pełni oddawały sens oryginału. Za kilka miesięcy okaże się, czy miałam rację, wybierając intuicję tłumaczki nad intuicję kandydatki na egzaminie.