Aktualności
Co jest drogie, czyli o kosztach unikania wydatków
Do egzaminu na tłumacza przysięgłego można przygotować się samodzielnie. Nie trzeba do tego kursów, ba – sam Textem pomaga w samodzielnych przygotowaniach, całkowicie bezpłatnie! Mamy Rozgryzia, biblioteczkę pełną pomocnych wskazówek (jak choćby ta, ta, ta, czy ta) i Bank nagrań. Można kupować książki, czytać, robić glosariusze, ćwiczyć, analizować przykłady, znajdować jeszcze więcej przykładów itd. Wiele osób od tego właśnie zaczyna.
Na czym polega problem? Na tym, że wiele osób na tym też kończy.
Dobitnie widać to po Rozgryziu, który jest MEGA wartościowym zasobem, a składa się z cyklu 10 cotygodniowych maili. Otwieralność pierwszego wynosi 85%, bardzo dużo; przy trzecim otwieralność wynosi 70%, czyli nadal dużo, ale jednak mniej; ostatni, dziesiąty mail otwiera 56% osób. A to tylko otwarcie maila! Co dopiero z wykonaniem zadań, przyswojeniem informacji…
Piszecie do nas maile, rozmawiacie z nami na konferencjach i stąd wiemy, że często sprawy przybierają dość frustrujący obrót. Czas mija, materiałów przybywa, ale poczucie gotowości do egzaminu się nie pojawia. Wręcz przeciwnie, uruchamia się dość typowy mechanizm: „im więcej wiem, tym bardziej wiem, że nic nie wiem.”
Tak więc owszem, jak najbardziej można przygotować się samodzielnie i bezpłatnie. Ale zdarza się, i to w wielu, wieeeelu przypadkach, że ta ścieżka prowadzi nie do pieczęci, a na manowce. Okazuje się, że ta nauka jest bezpłatna tylko pozornie. Tak naprawdę płacisz za nią – tyle że w innej walucie.
Płaci się swoim czasem.
Szukanie odpowiednich materiałów, zastanawianie się, czego właściwie się uczyć, odkrywanie metodą prób i błędów, czego wymaga się na egzaminie…
Płaci się stopniową utratą pewności siebie.
Bo jedno źródło podaje taką wersję, a inne – inną, a trudno znaleźć narzędzia, żeby umieć ocenić, kto ma rację. Może oba terminy są dobre? Może się różnią jakąś subtelnością? Samodzielnie trudno rozstrzygnąć.
Płaci się samopoczuciem.
Cel, który wydawał się konkretny i uchwytny zaczyna się rozmywać, a wątpliwości zaczynają się mnożyć. Był entuzjazm i wizja sukcesu, a jest poczucie przytłoczenia, niepewność i brak pewności, co robić dalej.
I tu wracamy do tego, czy można przygotować się samodzielnie i bezpłatnie. Ogólnie rzecz biorąc, jak najbardziej tak! Tylko że jest to klasyczna sytuacja typu TAK, ALE 🙂
Ponieważ ten tekst powstał z potrzeby mojego serca po kolejnej podobnej rozmowie z osobą, która od dawna rozważa podchodzenie do egzaminu, mam propozycję. Jeśli należysz do grupy ludzi, którzy spędzili już sporo czasu, próbując to zrobić, ale na razie nie idzie to dobrze, zrób jedną z tych dwóch rzeczy:
- Wyślij wniosek o wyznaczenie terminu egzaminu, wykorzystaj (skrócony) czas i (zwiększoną) motywację i po prostu spróbuj. Jeśli chodzi o finanse, stracisz co najwyżej opłatę egzaminacyjną.
- Zapisz się na kurs (angielski – tu lub tu lub tu, niemiecki – tu, włoski – tu, rosyjski – tu). Te kursy nie są tanie i to jest fakt. Kosztują sporo więcej niż egzamin. Rzecz w tym, że tych pieniędzy nie tracisz. Inwestujesz je w bardzo konkretną rzecz. Płacisz za drogę, która została już uporządkowana. Za konkretny i skuteczny plan pracy, za możliwość zapytania i za życzliwie podaną odpowiedź, za informację zwrotną, za to, że ktoś pocieszy cię, gdy czegoś nie wiesz, podtrzyma na duchu, zmotywuje do działania. A oprócz tego oczywiście za dobrze dobrane materiały i za możliwość korzystania z doświadczenia osób, które wiedzą, gdzie kandydaci najczęściej tracą czas i popełniają błędy.
Zrób A albo B, ale zrób COŚ! Bo brak decyzji też jest decyzją, a do tego też ma swój koszt.
Nie każdy potrzebuje kursu. Ale jeśli od miesięcy przygotowujesz się samodzielnie i wciąż masz wrażenie, że egzamin zamiast się przybliżać, ciągle jest „jeszcze nie teraz”… Może jednak zapisz się na ten kurs 🙂 Bo, poważnie mówiąc, koszt braku decyzji może przerosnąć koszt kursu.
Wasza, odpisująca na Wasze maile i tym właśnie powodowana –
Anka Konieczna-Purchała